piątek, lutego 24, 2006

Siódmy

Była pierwsza w nocy. Siódmy szedł razem Ćmą przez wąskie, słabo oświetlone uliczki między rynkiem a dworcem. Oczywiście ciemność, przyjaciółka Garou, nie przeszkadzała mu w najmniejszym stopniu. Nawet gęstniejąca szybko mgła nie robiła mu dużej różnicy. Nagle przystanął i rozejrzał się czujnie w koło. Usłyszał szepty. Najpierw jeden, potem coraz więcej, chór niezrozumiałych szeptów okrążający i atakujących ze wszystkich stron. Ćma także zatrzymała się i niepewnie spojżała na Siódmego.
- Coś się stało?
- Nie słyszysz?
- Czego?
-Ciii... Słuchaj...
W tym momencie szepty nasiliły się i przyspieszyły. Przed Siódmym pojawiła się wisząca w powietrzu, paskudnie uśmiechnięta maska. Z tyłu maski wisiała szarobłękitna, półprzezroczysta chusta. Maska zaczęła krążyć dookoła, coraz szybciej i szybciej, powiewając za sobą chustą. Niewiedzieć skąd, pojawiały się kolejne, wyrażające różne emocje maski. Smutek, radość, gniew, zazdrość, spokój, strach... Zostali otoczeni przez wirujące i tańczące z każdej strony widma. Szepty w jakimś dziwnym, niezrozumiałym języku narastały i były coraz trudniejsze do wytrzymania. Poczuł pulsowanie tętna i usłyszał, że wali mu serce. Z czoła skapnęła na ziemię z hukiem kropelka potu.
- Siódmy! O co chodzi? Możemy już iść?
- Nie widzisz?
- Czego? Siódmy! Czego?!
Dźwięk i błyskawiczny, furkoczący ruch masek stał się nie do zniesienia. Ćma patrzyła na Siódmego tak, jakby zaczynała wierzyć, że nagle oszalał. Siódmy ruchem tak szybkim, że wręcz niewidocznym, wyciągnął katanę i rozciął z krzykiem wszystkie maski. Trwało to nie dłużej niż ludzki oddech. Głosy umilkły, nie było też śladu po mgle i widmach. Siódmy stał, ciężko dysząc, z kataną w dłoni. Uspokoił oddech i wtedy zauważył. Ćma zniknęła.

czwartek, lutego 23, 2006

Rzeka

Płynęli promem wpoprzek szerokiej rzeki o szarych wodach. Culton i stary człowiek stojący przy sterze. Woda płynęła powoli i leniwie, rozbijając się o burty. Prom nie był już nowy, wyglądał na co najmniej sześćdziesiąt lat. W końcu Culton postanowił przerwać milczenie.
- Zawsze wyobrażałem sobie, że to będzie mała drewniana łódka...
- Bo była.
Po chwili milczenia, przewodnik powiedział:
- Mieliście dwie wojny. Interes kwitł. Za pierwszym razem jeszcze sobie jakoś poradziłem. Czas płynie tu w końcu nieco inaczej.
Przerwał, popatrzył w górę na szare chmury. Zawsze takie same, zawsze zasnute chmurami niebo. Po chwili podjął:
- Nadeszła druga wojna i wkrótce zaczęła się robić kolejka na waszym brzegu. Próbowałem przewozić łódź zawsze pełną po brzegi. No i na dno poszła, ta moja łódka. Za duże obciążenie. Cztery tysiace lat pływałem na niej i puf! Parę sekund i była pod wodą. No, a tamtych zniosło. W końcu - ludzie.
- Jak tam jest?
- Gdzie? W dole rzeki?... Czy po drugiej stronie?
Wzkazał ręką kierunek, w którym płynęli. Nie było jeszcze widać drugiego brzegu. Nie musiał patrzeć za siebie, był niemal pewien, że tamtego też już nie zobaczy.
- Aaa, nie mogę ci powiedzieć. Z resztą, sam zobaczysz. Ja już niemal nie pamiętam - mówiłem ci - cztery tysiące lat...

niedziela, kwietnia 24, 2005

Wieczór

Oczy Mystryl... Zielone i ciepłe... Tonął w nich z każdą chwilą coraz bardziej. Czuł jak zapada w głąb czegoś, czego nawet nie potrafił nazwać. Unosili się w ciemnościach. Widział ją i nic poza nią. Nagle zobaczył, że wokół pełno jest gwiazd. Miliony światów tańczyły z oszałamiającą prędkością. Nie potrafił określić na dłuższą metę sensu w zataczanych przez nie okręgach i figurach dalece bardziej skomplikowanych, wymykających się jego opisowi. Poczuł, jak Mystryl kładzie mu dłoń na oczach. Gdy ją zabrała, zobaczył kosmos na nowo. Do wiecznego tańca materii dołączył przepływ energii. Sekundę później w oszałamiającym rozbłysku jego oczy zaczęły dostrzegać ruch Mocy, Many, Qi, Energii, magii... Wszystkie określenia wśród których wzrastał stały się zbyteczne i niewystarczające. Te wszechobecne, niczym gęsta sieć, opływające wszechświat fale nadawały sens i porządek najdrobniejszemu drgnieniu materii, przez którą przenikały. Mógł teraz spojżeć w głąb każdego z niezliczonych światów, obejżeć dokładniej życie najdrobniejszych organizmów zamieszkujących powstające i rozpadające się planety. Gdy jego dusza zaakceptowała nowy obraz świata, zobaczył wyraźnie, że cała magia pędząca w przestrzeń świata swoimi ścieżkami, ma swój początek w ciele Mystryl i do niego też wraca, by na nowo rozpocząć swoją wędrówkę.

piątek, marca 18, 2005

Woda

- Dzwonił ten koleś, o którym ci opowiadałem.
- Ten okultysta?
- Yhym. Zaprasza nas do siebie dzisiaj.
- Nas?
- Wspomniałem mu, że mam gościa, więc ciebie też zaprosił.
- No ok. I tak nie mam na razie nic do roboty.
- Tylko ostrzegam, że jego mieszkanie jest dość... Specyficzne.
- Specyficzne? Czemu?
- Zobaczysz.
- No dobra. Idziemy?

poniedziałek, lutego 21, 2005

Zielony

Myślę, że potrzeba tu nieco komentarza. Liść jest ok, Korzeń był pisany bardzo dawno temu, Łodyga jest w miarę, a Gałąź prawdę mówiąc nie mam pojęcia, bo w sumie, to już kiedy to pisałem byłem w takim stanie, że zamieściłem bez przeczytania. Pewnie shoitsu.... Tak więc, najlepiej czytać od końca, ale Gałąź już na własne ryzyko;) Nadal nie mam siły tego czytać...

niedziela, lutego 20, 2005

Gałąź

- Rozejrzyj się, jeśli chcesz, a ja zrobię gorącą herbatę.

- Ok.

Agnieszka zdjęła buty i zajrzała do pierwszego pokoju po lewej stronie. Był dość obszerny, ale najwyraźniej nieużywany. Mimo porządku, a w zasadzie pustki, wszystko było przykryte solidną warstwą kurzu. Łóżko, szafa wzdłuż całej ściany i okno wychodzące na ulicę. Widok z prawej strony okna zasłaniała prostopadła ściana. Zamknęła z powrotem drzwi i korzystając z tego, że okulary już jej odparowały przyjrzała się dokładniej przedpokojowi. Na ścianach, na tle zielonej tapety wisiały jakieś amulety i symbole. Uśmiechnęła się, dotykając dłonią jednego z nich. Po przeciwnej stronie przez drzwi było widać wannę – najwyraźniej łazienka. Przez drugie drzwi po lewej weszła do następnego pokoju. Z tego bez wątpienia nadal korzystano, bardzo wyraźnie świadczył o tym bałagan na łóżku, sterta czasopism obok i hałasujący lekko komputer z wygaszonym monitorem. Wysoko w kącie wisiał telewizor. Tutaj też całą lewą ścianę zajmowała obszerna szafa, jednak tym razem była dłuższa (bo i pokój był większy) i zabałaganiona. Luźne kartki, figurki i szklanki walały się na wierzchu. Za szybami widać było sterty płyt i książek, poukładanych byle jak i byle gdzie. W tym pokoju tak samo jak w przedpokoju ściany były obwieszone znakami. Kończąc zwiedzanie poszła do kuchni.

- Już gotowa. I jak ci się podoba moja pieczara?

- Całkiem przytulnie. Po co ci tyle ozdób na ścianach?

- Heh, dostałem te wszystkie amulety od przyjaciela na urodziny. Wiesz, on jest nieco nawiedzony i twierdzi, że te zabawki ochronią mnie przed czymś, a część ma w jakiś sposób pomóc w życiu. – Łukasz zmarszczył przez chwilę brwi - Nie pamiętam, która miała do czego służyć, chociaż zrobił mi długi wykład na temat zastosowania każdej z nich. Te figurki w pokoju to też część zestawu.

- A ja już myślałam, że interesujesz się okultyzmem, czy czymś w tym rodzaju – zaśmiała się Agnieszka.

- Ja - nie, on - najwyraźniej tak.

- Mogę tu zamieszkać?

- Co? – Zakrztusił się Łukasz.

- Czy mogłabym tutaj zamieszkać? – powtórzyła z niewinną miną Agnieszka.

- Co? Jak gdzie? Dlaczego? – Łukasz był najwyraźniej zmieszany.

- Nie rozumiem czemu wpadasz w taki popłoch.

- No twoje pytanie jest co najmniej nietypowe!

Postawiła kubek na stole i usiadła. Łukasz też usiadł, jednocześnie popijając herbatę.

- No to może najpierw odrobinę opowiem o sobie. Dzisiaj w nocy przyjechałam do Wrocławia. Zdaje się, że zasnęłam ze zmęczenia siedząc na dworcu, w każdym razie, gdy się obudziłam mojego bagażu już przy mnie nie było. Na szczęście chociaż portfel miałam przy sobie, ale wszystko inne, łącznie z dokumentami przepadło. Byłam w biurze rzeczy znalezionych, ale marne szanse, żebym cokolwiek odzyskała. Powiedzieli, że zgłoszą policji i kazali mi się zgłosić za tydzień. No i póki co, nie mam gdzie mieszkać.

- Żartujesz?

- Cholera, wiedziałam, że nikt się na to nie nabierze. Tak naprawdę to jestem słowiańską boginią. Przez ostatnie tysiąc lat mieszkałam w tym głazie na cmentarzu, ponieważ jest mi poświęcony, a teraz zamierzam cię nauczyć... – Przerwała, widząc, że Łukasz zwija się ze śmiechu.

- Rozumiem. A więc ukradli ci wszystko i nie masz żadnego pomysłu jak mi udowodnić swoją uczciwość.

- No to co, mogę tu zamieszkać?

- No nie wiem...

Dziewczyna splotła palce pod stołem i zmrużyła oczy.

- Ale w sumie, to gdyby nie ty, obecnie pewnie bym już zamarzł, a z resztą...

- A z resztą, gdybyś się nie zgodził, nie byłbyś facetem- pomyślała.

- Dobra!

- No to wspaniale. – uśmiechnęła się.

- Ale, ale... Dasz mi w zastaw parę swoich włosów, ok?

- Włosów? Po co ci moje włosy?

- Ten koleś od amuletów, mówił, żeby w takich sytuacjach zawsze brać włosy, jako najlepszą porękę, a potem o nic więcej się nie starać. Co prawda nie bardzo mu wierzę, ale co w zasadzie szkodzi. – Odwzajemnił uśmiech i wypił do końca herbatę.

- No dobrze, ale uważam, że w tym wypadku nic ci to nie da. Mogę się gdzieś zdrzemnąć? Jestem bardzo zmęczona po podróży, a ławka nie była zbyt wygodna...

Łodyga

Zbudziło go gwałtowne potrząsanie za ramię. W pierwszej chwili zamrugał oślepiony jasnością. Krajobraz dookoła przykryty był grubą warstwą śniegu. Przed Łukaszem stała jakaś dziewczyna.

- No, żyjesz! Przez chwilę myślałam, że zamarzłeś. Co ci przyszło do głowy, żeby spać na cmentarzu?

- Tak jakoś wyszło... – Łukasz sam właśnie gwałtownie się nad tym zastanawiał.

- Biedaku, pewnie zamarzasz z zimna. Tak w ogóle to jestem Agnieszka. Chodźmy może stąd. Ruch powinien nieco cię rozgrzać.

- Ale mi wcale nie je... – powiedział wstając i urwał wpół słowa, czując dochodzące do niego dopiero teraz efekty nocy spędzonej na twardym i zimnym głazie.

- Jasne, jasne, nic ci nie jest, tylko będziesz miał zapalenie płuc albo i gorzej. No, chodź.

Stojący wśród grobów duży, porośnięty mchem kamień nie był przykryty śniegiem. – Widocznie ruszałem się przez sen i strąciłem... – Na krzyżu, sterczącym z niewidocznego teraz grobu obok, siedział jakiś czarny ptak i przypatrywał się całej scenie.

Wyszli przez żelazną bramę na zewnątrz.

- Nazywam się Łukasz. Chyba muszę ci podziękować za uratowanie przez zamarznięciem. – zaśmiał się cicho.

- Ale dlaczego spałeś w takim miejscu?

- Problem w tym, że jedyne co pamiętam, to jakiś koszmar, który mi się śnił. Potem ty mnie obudziłaś. Wiesz co? Mieszkam parę przystanków stąd. Moglibyśmy do mnie wpaść i wypić coś ciepłego?

- W sumie i tak chciałam cię odprowadzić do domu. Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że jakbym cię samego teraz zostawiła, to usiadłbyś gdziekolwiek i znów zasnął.

- Ha, w takim razie ruszajmy!

Korzeń

Było lato i stoki gór wspaniale zieleniły się w słońcu. Givesmach leciał wzdłuż zbocza, szukając pożywienia. Po chwili zniżył lot, aby nie umknęła mu żadna okazja. Niestety inne zwierzęta nie kwapiły się, aby wyjść z cienia w taki upał. Robił kolejne koło nad lasem, gdy zobaczył młodego człowieka. Ponieważ sam był młody i niedoświadczony zainteresował się nim, choć nie mógł z tego odnieść żadnej korzyści. Ludzie byli za duży żeby na nich polować. Chłopiec tymczasem skierował się w górę wyschniętego strumienia. Givesmach wiedział już, dlaczego zwrócił na niego uwagę. Zdawał się być częścią lasu, szedł cicho, pewnie, nie łamiąc nawet jednej gałązki. Myśliwy nie wiedział, że to niemożliwe, akceptował świat tak jak go widział. A widział szesnastolatka, na którego nie zwracały uwagi ani wilki, ani mniejsze zwierzęta, choć musiały być świadome jego obecności. Dotarł do głazu, spod którego wypływała woda i usiadł na nim. Plecak położył na ziemi i wyciągnął z niego kanapki. Givesmach usiadł na gałęzi i obserwował. Nagle kilka kroków od chłopca pojawiła się jasnobłękitna, owalna, falująca powierzchnia. Kanapka wypadła mu z dłoni, zapomniał o plecaku i skoczył w błękit. Owal skurczył się i zniknął z trzaskiem. Ptak siedzący na gałęzi znów niczemu się nie dziwił. Postanowił skorzystać z okazji. Sfrunął na ziemię i porwał kanapkę z szynką...

Liść

Jak to zwykle bywa na pogrzebach niebo było zasnute burzowymi chmurami, a stukot kropel mieszał się z marszem żałobnym. Na zadaszeniu samochodu wiozącego trumnę wylądował kruk. Idealna dekoracja dla dopełnienia ponurej całości. Za samochodem szło w milczeniu trzydzieści, może czterdzieści osób. Kruk nie był pewien. Ideę liczenia przedmiotów poznał dopiero miesiąc temu i na razie dobrze radził sobie tylko, gdy próbował policzyć do dziesięciu orzechów. Od tych ludzi na pewno nie dostanie nic do zjedzenia. Po tej ocenie żałobnicy przestali go interesować. Patrząc przez półprzezroczystą folię pod łapami, z trudem przesylabizował „Culton Isatu”. Tego też nie był do końca pewien, ale nie miało to większego znaczenia. Jego pan nie miał teraz czasu na zajmowanie się cmentarzem, choć dawniej lubił czasem usłyszeć, że jego właśni znajomi jeszcze tam nie zawitali. Teraz czekała najciekawsza cześć inspekcji. Kruk sfrunął niżej i by uniknąć pomyłki, już siedząc na trumnie odczytał: „Ur. 17.06.1930 – Zm. 28.06.2003”. Ktoś machnął ręką, by go odpędzić, więc kruk odleciał pospiesznie, klnąc najlepiej jak potrafił i usiadł na starym, kamiennym krzyżu. Zaginając szpony i przeskakując z nogi na nogę obliczył z mozołem wiek denata. W pewnym sensie lubił porównywać swoich zmarłych. Ten był jednym z najstarszych, więc kruk zakrakał z zadowolenia. Rozejrzał się dokoła i spostrzegł parę grobów dalej wielki porośnięty mchem głaz. Od dawna zastanawiało go, dlaczego koty zawsze przychodzą się wylegiwać akurat na tym głazie, skoro w pobliżu jest takich, a nawet zdawałoby się lepszych mnóstwo. Coś musi je tutaj ciągnąć – pomyślał. Obleciał głaz dookoła i przyjrzał mu się z każdej strony. Głaz jak głaz. Mech jak mech. Typowy kształt, wysokość niskiego człowieka, nic nadzwyczajnego... Wylądował na szczycie. Nic się nie stało. Zadziobał w głaz przed swoimi łapami. Nic się nie stało. Przestąpił z nogi na nogę, popatrzył jeszcze przez chwilę. Głaz nie odwzajemnił spojrzenia, nie okazał, czy w jakiś sposób przeszkadza mu obecność intruza na grzbiecie. Kruk wstrząsnął się odganiając chłód i odleciał w stronę bramy. Głaz uśmiechnął się do wspomnień.