niedziela, lutego 20, 2005

Łodyga

Zbudziło go gwałtowne potrząsanie za ramię. W pierwszej chwili zamrugał oślepiony jasnością. Krajobraz dookoła przykryty był grubą warstwą śniegu. Przed Łukaszem stała jakaś dziewczyna.

- No, żyjesz! Przez chwilę myślałam, że zamarzłeś. Co ci przyszło do głowy, żeby spać na cmentarzu?

- Tak jakoś wyszło... – Łukasz sam właśnie gwałtownie się nad tym zastanawiał.

- Biedaku, pewnie zamarzasz z zimna. Tak w ogóle to jestem Agnieszka. Chodźmy może stąd. Ruch powinien nieco cię rozgrzać.

- Ale mi wcale nie je... – powiedział wstając i urwał wpół słowa, czując dochodzące do niego dopiero teraz efekty nocy spędzonej na twardym i zimnym głazie.

- Jasne, jasne, nic ci nie jest, tylko będziesz miał zapalenie płuc albo i gorzej. No, chodź.

Stojący wśród grobów duży, porośnięty mchem kamień nie był przykryty śniegiem. – Widocznie ruszałem się przez sen i strąciłem... – Na krzyżu, sterczącym z niewidocznego teraz grobu obok, siedział jakiś czarny ptak i przypatrywał się całej scenie.

Wyszli przez żelazną bramę na zewnątrz.

- Nazywam się Łukasz. Chyba muszę ci podziękować za uratowanie przez zamarznięciem. – zaśmiał się cicho.

- Ale dlaczego spałeś w takim miejscu?

- Problem w tym, że jedyne co pamiętam, to jakiś koszmar, który mi się śnił. Potem ty mnie obudziłaś. Wiesz co? Mieszkam parę przystanków stąd. Moglibyśmy do mnie wpaść i wypić coś ciepłego?

- W sumie i tak chciałam cię odprowadzić do domu. Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że jakbym cię samego teraz zostawiła, to usiadłbyś gdziekolwiek i znów zasnął.

- Ha, w takim razie ruszajmy!