niedziela, lutego 20, 2005

Korzeń

Było lato i stoki gór wspaniale zieleniły się w słońcu. Givesmach leciał wzdłuż zbocza, szukając pożywienia. Po chwili zniżył lot, aby nie umknęła mu żadna okazja. Niestety inne zwierzęta nie kwapiły się, aby wyjść z cienia w taki upał. Robił kolejne koło nad lasem, gdy zobaczył młodego człowieka. Ponieważ sam był młody i niedoświadczony zainteresował się nim, choć nie mógł z tego odnieść żadnej korzyści. Ludzie byli za duży żeby na nich polować. Chłopiec tymczasem skierował się w górę wyschniętego strumienia. Givesmach wiedział już, dlaczego zwrócił na niego uwagę. Zdawał się być częścią lasu, szedł cicho, pewnie, nie łamiąc nawet jednej gałązki. Myśliwy nie wiedział, że to niemożliwe, akceptował świat tak jak go widział. A widział szesnastolatka, na którego nie zwracały uwagi ani wilki, ani mniejsze zwierzęta, choć musiały być świadome jego obecności. Dotarł do głazu, spod którego wypływała woda i usiadł na nim. Plecak położył na ziemi i wyciągnął z niego kanapki. Givesmach usiadł na gałęzi i obserwował. Nagle kilka kroków od chłopca pojawiła się jasnobłękitna, owalna, falująca powierzchnia. Kanapka wypadła mu z dłoni, zapomniał o plecaku i skoczył w błękit. Owal skurczył się i zniknął z trzaskiem. Ptak siedzący na gałęzi znów niczemu się nie dziwił. Postanowił skorzystać z okazji. Sfrunął na ziemię i porwał kanapkę z szynką...